Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi LegalOnBike z miasteczka Warszawa. Mam przejechane 84512.80 kilometrów w tym 207.30 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 23.53 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 19461 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy LegalOnBike.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 18.40km
  • Czas 00:48
  • VAVG 23.00km/h
  • Sprzęt Szara Eminencja
  • Aktywność Jazda na rowerze

254. Biuro

Piątek, 12 września 2025 · dodano: 16.09.2025 | Komentarze 0




  • DST 26.80km
  • Czas 01:24
  • VAVG 19.14km/h
  • Sprzęt Szara Eminencja
  • Aktywność Jazda na rowerze

253. Biuro

Czwartek, 11 września 2025 · dodano: 11.09.2025 | Komentarze 0




  • DST 18.90km
  • Czas 00:52
  • VAVG 21.81km/h
  • Sprzęt Szara Eminencja
  • Aktywność Jazda na rowerze

252. Biuro

Środa, 10 września 2025 · dodano: 11.09.2025 | Komentarze 0




  • DST 19.70km
  • Czas 00:58
  • VAVG 20.38km/h
  • Sprzęt Szara Eminencja
  • Aktywność Jazda na rowerze

251. Biuro

Wtorek, 9 września 2025 · dodano: 11.09.2025 | Komentarze 0




  • DST 25.70km
  • Czas 01:27
  • VAVG 17.72km/h
  • Sprzęt Szara Eminencja
  • Aktywność Jazda na rowerze

250. Biuro

Poniedziałek, 8 września 2025 · dodano: 11.09.2025 | Komentarze 0




  • DST 5.30km
  • Czas 00:19
  • VAVG 16.74km/h
  • Sprzęt Szara Eminencja
  • Aktywność Jazda na rowerze

249. Na tramwaj

Piątek, 5 września 2025 · dodano: 11.09.2025 | Komentarze 0




  • DST 7.30km
  • Czas 00:24
  • VAVG 18.25km/h
  • Sprzęt Szara Eminencja
  • Aktywność Jazda na rowerze

248. Reha

Czwartek, 4 września 2025 · dodano: 11.09.2025 | Komentarze 0




  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze

MRDP - EPILOG

Poniedziałek, 1 września 2025 · dodano: 15.09.2025 | Komentarze 0




Na mecie byłem skrajnie zmęczony, ale wiedząc, że zrealizowanie przeze mnie planu jest bardzo blisko, zmusiłem się do ostatniego wysiłku. Z kolegą, który witał mnie na miejscu, ruszyliśmy do bazy maratonu – tam wziąłem prysznic, przebrałem się w wygodne ciuchy i buty. W jadalni, zajadałem posiłek zwycięzców, czyli makaron z mięsem, w międzyczasie próbując kupić bilet na pociąg. I tutaj jak zwykle kochane PKP mnie nie zawiodło – nie było biletów na rower. O nie! Na pewno PKP nie spowoduje, że nie zrealizuję planu.

Biorę ostatnie koło ratunkowe – telefon do przyjaciela. Radek Rogóż zostawił samochód w bazie, więc dzwonię do niego o 1:38 w nocy, łapiąc go w okolicach Ustki. Na szczęście Radek zgodził się pomóc i zabrać mój rower do Warszawy, więc mogłem rezerwować miejsce w pociągu. Udaje mi się również złapać ostatni tej nocy kurs taksówki do Władysławowa, gdzie dotarłem o 3. Po drodze do Gdyni, gdzie mam przesiadkę, trzy razy zasypiam upuszczając telefon na podłogę. Wsiadając do pociągu w Gdyni poprosiłem współpasażera o ewentualne obudzenie mnie w Warszawie, po pociąg jechał do Krakowa. Finalnie nie było takiej potrzeby, a ja o godzinie 8:30 zameldowałem się na dworcu Warszawa Centralna. Złapałem taksówkę i drzwi do mieszkania otwierałem o 9:15. Szybki prysznic, prasowanie koszuli i spodni, po czym wymarsz do szkoły, do której dotarłem tuż przed 10. Jakież było zdziwienie synów i żony jak mnie zobaczyli (nie uprzedzałem ich że przyjadę). Plan zrealizowany w 99%!

Osiągnięcie przeze mnie tego sukcesu nie byłoby możliwe gdyby nie poświęcenie mojej rodziny, która od października 2024 r. musiała dostosowywać swoje plany do moich treningów i planów startowych. Dziękuję im za to. Dziękuję moim synom – Szymonowi i Michałowi, za to że byli dla mnie motywacją do walczenia z licznymi przeciwnościami, które napotkałem w czasie MRDP. Dzięki nim moim celem nie było samo przejechanie MRDP, ale przejechanie MRDP w takim czasie, żebym zdążył na rozpoczęcie ich roku szkolnego. Być może kiedyś moje poświęcenie i determinacja będą dla nich przykładem w sytuacjach, które napotkają we własnym życiu. Dziękuję Gosi – mojej żonie za pomoc, dopingowanie i konsultacje lekarskie w trakcie maratonu, a także rozbudzanie we mnie motywacji do kręcenia, kiedy zaczynało mi jej brakować. Świadomość, że cały czas jest z tobą ktoś i trzyma za ciebie kciuki działa pozytywnie na psychikę, która wielokrotnie podczas tych 3212 kilometrów podpowiadała złe rozwiązania. Dziękuję rodzicom i teściom za wirtualne popychanie kropki. Dziękuję kolegom za liczne wiadomości w trakcie maratonu, które motywowały mnie do dalszej jazdy.

Dziękuję Radkowi Rogóżowi za perfekcyjne przygotowanie mnie pod kątem fizycznym do trudów MRPD. Tak jak pisałem Radku, mój sukces sportowy jest Twoim sukcesem trenerskim. Stając na starcie maratonu miałem wątpliwości czy jestem odpowiednio przygotowany, natomiast Ty byłeś tego pewien i miałeś rację.

Pokonanie trasy MRDP pozwoliło mi poznać granice moich możliwości fizycznych i było ogromnym sprawdzianem dla psychiki. Jestem przekonany, że niejedna osoba, mierząc się z takimi problemami jakie doświadczyłem, zdecydowałaby się zrezygnować z dalszej trasy. Być może jazda w takim stanie (problem z szyją) była ryzykowna ale chciałem zrealizować cel za wszelką cenę i ciężko by mi się funkcjonowało z DNF przy moim nazwisku.

Od ukończenia przeze mnie MRDP mijają dwa tygodnia. Pomimo tego nie wróciłem do pełni zdrowia. Z szyją jest lepiej, aczkolwiek nie odzyskałem jeszcze pełnej sprawności. Mam nadzieje, że kolejne rehabilitacje i zabiegi szybko postawią mnie na nogi i rower. Mam osłabioną siłę dłoni i problemy np. z trzymaniem sztućców czy zawiązywaniem butów. Liczę, że dolegliwości przejdą w ciągu miesiąca i jestem przekonany, że są one spowodowane ciągłym uciskiem środka dłoni odwróconą lemondką przez ostatnie 800 km trasy.

Czy było warto? Tak.
Czy cena sukcesu była wysoka? Być może.
Czy za cztery lata pojawię się w Rozewiu? Niewykluczone.


Kategoria MRDP


  • DST 417.58km
  • Czas 18:24
  • VAVG 22.69km/h
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze

ETAP 7 – KLINISKA WIELKIE – JASTRZĘBIA GÓRA (NIEDZIELA 31.08)

Niedziela, 31 sierpnia 2025 · dodano: 15.09.2025 | Komentarze 1


Być może przespałem ok. godziny. Regeneracja z tego żadna, ale stwierdziłem że czas ruszać dalej, bo meta była już blisko. Temperatura spadła do 8°C, więc o 4:10 wsiadłem na siodełko, po wcześniejszym obfitym posmarowaniu d… Sudokremem. Przede mną było około 415 km do pokonania. Poranek był rześki, a poranne mgły potęgowały uczucie chłodu. Na szczęście słońce powoli zaczynało grzać, co poprawiało komfort jazdy.

O 6:45 dotarłem do Wolina (2846 km) i pozwoliłem sobie na śniadanie w Żabce – dwa tosty i dwie kawy. Przy okazji sprawdziłem połączenia kolejowe z Władysławowa do Warszawy – okazało się, że był pociąg, który idealnie wpisywał się w mój pierwotny plan: odjazd 3:51 z Władysławowa, przyjazd do Warszawy o 8:30. W tym momencie wróciła motywacja żeby jak najszybciej dotrzeć do mety i w poniedziałek rano stawić się w wątpliwym stanie w szkole. Szybka kalkulacja i wychodziło mi, że każde 10 km muszę pokonać w czasie max. 33 minut, co pozwoliłby mi na dotarcie do metę o godz. 3. Ruszyłem zatem do celu, zapisując skrupulatnie od tego czasu statystki pokonania każdych kolejnych 10 kilometrów.

O 8:20 byłem w Międzyzdrojach (2868 km) – pozostała zatem już tylko nadmorska część trasy. Pomiędzy kolejnymi nadmorskimi miejscowościami jechało się przyjemnie, natomiast każdy wjazd do jakiegokolwiek kurortu oznaczał spowolnienie i lawirowanie między turystami i pourywanymi fragmentami ścieżek rowerowych. Wiatr nie przeszkadzał, za to temperatura znacznie wzrosła w ciągu dnia i zrobiło się bardzo gorąco. W Grzybowie (2954 km) o 12:30 zatrzymałem się na klasyczną pizzę z colą, do tego na deser nowe opakowanie ibupromu. Po ok. 35 minutach ruszyłem w dalszą drogę, przy czym jazda w 30 stopniach nie była tym, za czym przepadam.

W Mielenku (2995 km) złamałem zasadę i sięgnąłem po energetyk, dodatkowo jeszcze uzupełniając elektrolity. Po takim „doładowaniu” czułem się chwilowo całkiem dobrze – była 14:40.



Na Garminie ustawiłem widok dystansu do celu, co psychologicznie działało na mnie pozytywnie, gdy osiągałem kolejne kamienie milowe – 200 km, 150 km. Prowadzone przeze mnie od rana kalkulacje wskazywały, że powinienem dotrzeć do mety w okolicach godz. 1, gdyż każde kolejne 10 km pokonywałem w czasie krótszym niż 33 minuty.

O 20:11 byłem za Smołdzinem, a licznik pokazywał równe 100 km do mety.



O 21:45 w Wicku (3142 km) zaczęły się ostatnie podjazdy. Totalne zmęczenie i brak sensownego snu od Zgorzelca powodowały, że głowa nie funkcjonowała w sposób prawidłowy (pomijając kwestie urazu fizycznego) – pojawiły się zwidy i halucynacje, słyszałem jakieś głosy, wydawało mi się, że byłem w zupełnie innym miejscu. Czułem, że czas działać, więc wyciągnąłem ostatnie dwie tabletki kofeiny (trzymane na czarną godzinę) i puszkę energetyka, którą wiozłem w kieszeni koszulki. Terapia podziałała, świadomość wróciła.

W okolicach Czymanowa (3180 km) jechało się już bardzo przyjemnie, widząc już oczami wyobraźni metę przy latarni morskiej w Rozewiu. Ostatni wymagający podjazd przed Sobieńczycami został pokonany, teraz pozostawało już tylko doczołgać się do mety. Za każdym razem jak zbliżałem się do znaku z nazwą miejscowości miałem nadzieję, że będzie to Jastrzębia Góra. Kilometry jednak nie kłamały, więc najpierw minąłem znaki Sławoszyno, Karwieńskie Błoto Pierwsze, Karwia – aż w końcu o 0:48 minąłem tablicę E-17a z napisem Jastrzębia Góra.



Garmin pokazywał kolejne zmniejszające się kilometry – 5, 4, 3, 2, 1…

Jestem! Metę mijam o godzinie 1:03, po przejechaniu 3212,7 kilometrów, plasując się na świetnej 6. pozycji w kategorii SOLO.



STATYSTYKA: dystans – 417,58 km; przewyższenia – 1676 m; czas jazdy – 18:24; czas ogólny – 20:51; średnia prędkość jazdy – 22,7 km/h


Kategoria MRDP


  • DST 383.15km
  • Czas 16:45
  • VAVG 22.87km/h
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze

ETAP 6 – ZGORZELEC – KLINISKA WIELKIE (SOBOTA 30.08)

Sobota, 30 sierpnia 2025 · dodano: 15.09.2025 | Komentarze 1



Budzik zadzwonił o 4:00. Nałożyłem wcześniej przygotowane rzeczy i szykowałem się do wyjścia, gdy spojrzałem przez okno – padało. Szybkie przebranie, ponowne pakowanie i o 4:40 wsiadłem ponownie na rower.

Pomimo deszczu profil wysokościowy napawał optymizmem – tym razem dominowały zjazdy, a nie podjazdy. Niestety jakość dróg w Lubuskiem pozostawiała wiele do życzenia: chwilami asfalt, potem kostka brukowa, następnie znowu asfalt, tak na zmianę przez kilkadziesiąt kilometrów.

W Gozdnicy (2450 km), po 2 godzinach jazdy, przebiłem tylną dętkę. Wymiana w deszczu, na bruku o 7 rano, nie była wymarzonym startem dnia, ale temat udało się szybko ogarnąć. Był to jedyny problem techniczny jaki napotkałem podczas całej trasy MRDP.

Ze względu na coraz większe dolegliwości ze strony mięśni szyi powróciłem do odwrotnego ustawienia lemondki i jazdy z wyprostowanymi plecami – tak miałem jechać do samej mety. Słaba nawierzchnia dawała się we znaki, dłonie odczuwały coraz większy dyskomfort.


Do Gubina (2540 km) dotarłem około 11:30, czyli 13,5 godziny po planowanym czasie, ale biorąc pod uwagę napotkane problemy, wynik był całkiem dobry. Pogoda znacznie się poprawiła i przestało padać. Chwilę później wjechałem do Niemiec na bardzo przyjemny, ponad 50-kilometrowy odcinek prowadzący głównie po ścieżce rowerowej wzdłuż Odry. Po drodze zorientowałem się, że w międzyczasie zgubiłem jeden ochraniacz na buty i przebitą dętkę, które były przytroczone do sakwy podsiodłowej.



Ponownie byłem w Polsce ok. godziny 14:20, kiedy przekroczyłem most graniczny w Słubicach (2600 km). Tam też zatrzymałem się w Żabce na tradycyjną pizzę i colę, zrobiłem krótką regenerację i sprawdziłem pozycję innych zawodników i ruszyłem dalej. Plan zakładał dotarcie do Stepnicy, która jest położona ok. 400 km od mety. Czasu teoretycznie powinno mi wystarczyć, żeby dotrzeć na miejsce ok. 1-2 w nocy.

Jazda przebiegała przyzwoicie, asfalt się poprawił, humor dopisywał. Problemem był mocno skrzypiący łańcuch – nie miałem już zapasu smaru. W Cedyni (2701 km), około 19:45, zatrzymałem się w Biedronce na kolację i uzupełnienie zapasów na noc. Pod sklepem poprosiłem jedną z klientek o użyczenie mi kilku mililitrów oleju Kujawskiego, który przelałem do pojemnika po smarze i chwilę później zaaplikowałem na łańcuch – problem rozwiązany.



Około 35-minutowy postój pozwolił chwilę odpocząć, odciążyć szyję i zredukować ból śródstopia. Ruszyłem dalej z postanowieniem dotarcia do Stepnicy. Po drodze kontaktowałem się z potencjalnymi noclegami, ale nikt nie wyraził chęci witania mnie w progu o 2 w nocy. Szybka modyfikacja planu – przyjąłem, że będę jechał aż do zmęczenia, planując nocleg na przystanku lub w podobnym miejscu.

W Szczecinie Dąbiu (2779 km) zatrzymałem się w parku ok. godziny 0:30, zjadam zakupione wcześniej biedronkowe hot-dogi i zdecydowałem, że to nie jest odpowiednie miejsce na sen. Wsiadłem na rower i ruszyłem dalej.

O 1:15 dotarłem do Klinisk Wielkich (2790 km), gdzie znalazłem obiecujący plac zabaw. Pomyślałem sobie – skoro wziąłem bivibag z folii NRC, to nie po to żebym go wiózł przez całą trasę i go nie użył. Na placu były dwa domki połączone ze sobą rurą o dość dużej średnicy, którą typuję na idealne miejsce na sen. Rower przypiąłem do jednego z domków, a sam zapakowałem się do rury. Ułożyłem się do snu z powerbankiem i telefonem z nastawionym na godz. 3:30 budzikiem. Skorzystałem też ze skompresowanej kurtki puchowej jako poduszki. Warunki może nie idealne, było trochę ciasno a rura była odrobinę za krótka, natomiast jak na moje pierwsze spanie ‘pod chmurką’ na jakimkolwiek ultra, uznaję że było to całkiem fajne miejsce. Dobranoc.



STATYSTYKA: dystans – 383,15 km; przewyższenia – 1147 m; czas jazdy – 16:45; czas ogólny – 20:33; średnia prędkość jazdy – 22,9 km/h


Kategoria MRDP